Podróże z książką

Z wielu odbytych podróży i pasji do słowa pisanego zrodził się pomysł na bloga. Podróże z książką to miejsce, w którym odnajdziecie zarówno wpisy o tematyce podróżniczej jak i recenzje książek.

Menu

  • Strona główna
  • O mnie

stycznia 25, 2026

Podróżnicze podsumowanie roku 2025

Halo! Czy ktoś jeszcze pamięta o 2025 roku? Czy wszyscy skupili  się już na 2026? Moje podsumowanie roku tym razem wyjątkowo późno. Po świętach dopadła nas grypa, mocno przeorała i do tej pory próbuję odnaleźć w sobie więcej zapału. Ale jeśli widzicie ten wpis, to znaczy że go znalazłam! Początkowo miałam wizję podobną, jak w zeszłych latach.  Chciałam wyróżnić podróżnicze momenty, ale zmieniłam zdanie. Opowiem Wam, co ciekawego udało nam się zobaczyć w każdym miesiącu. Na pewno poświecę więcej uwagi miejscom, których nie opisałam do tej pory. Książkowego podsumowania szukajcie w kolejnym wpisie. Mam nadzieję, że z rozpędu napiszę oba.


 

Styczeń

Dość szybko ruszyliśmy na pierwsze spacery. Już 1 stycznia byliśmy na Przylasku Rusieckim, a kilka dni później wybraliśmy się do Miasteczka Galicyjskiego w Nowym Sączu. To miejsce polecamy każdemu, komu marzy się podróż w czasie. Można powiedzieć, że to taki duży skansen. Część zwiedza się z przewodnikami, którzy czekają na Was w wybranych miejscach. Jest apteka, sklep, fryzjer, poczta itd. Wszystko zachowane w klimacie Galicji z przełomu XIX i XX wieku. Na terenie miasteczka znajduje się też duża i  klimatyczna kawiarnia. Polecamy zajrzeć i spróbować czekolady na ciepło. 

W styczniu wybraliśmy się też do Doliny Będkowskiej. Marzył nam się zimowy spacer i sanki. A koniec miesiąca to też powrót do miejsca, które kojarzy mi się z dzieciństwem. Przed wizytą z okazji Dnia Babci, wpadliśmy na spacer nad Zalew Chechło. Drewniane pomosty, punkty widokowe, fajny plac zabaw. Ile tu się musi dziać w lecie! Całkiem fajny był ten pierwszy miesiąc 2025 roku. 


Luty  

Luty był niestety dużo gorszy. Myślę, że śmiało zasługuje na miano najgorszego miesiąca w całym roku, choć grudzień też lekki nie był.  Zdjęcia podpowiadają mi, że byliśmy wtedy pierwszy raz w Parku Reduta. O tym miejscu nie pisałam na blogu. Po pierwsze, założyłam że wiele osób zna ten park. Po drugie, jakoś wybitnie mnie nie zachwycił. Na plus na pewno zacienione ścieżki, duża przestrzeń i fajne huśtawki. Jednak otoczenie bloków i dość zamknięte osiedle wokół mnie nie przekonały. Miłym (i smacznym) akcentem tamtego spaceru był obiad w restauracji Luca. 


To planowo w lutym mieliśmy jechać na Dolny Śląsk, ale z powodów zdrowotnych zamiast na Walentynki, pojechaliśmy na Dzień Kobiet! Na szczęście ten miesiąc uratowała trochę wizyta mojej siostry.
Marzec

W marcu wróciliśmy na mój ukochany Dolny Śląsk. Przy okazji, trafiliśmy na  wyrozumiałych ludzi w kwestii noclegu. Tak, jak wcześniej pisałam, planowaliśmy wypad w lutym. Mieliśmy już wykupione noclegi na bookingu bez możliwości odwołania. No i niestety Marysia dwa dni przed zaczęła trochę gorączkować. Byłam pewna, że kasa przepadnie. Mateusz zadzwonił na recepcję i wytłumaczył, jak wygląda nasza sytuacja. I o dziwo, zgodzili się na zwrot. Byłam mile zaskoczona, dlatego nie szukaliśmy później już innego hotelu. Dodatkowy plus za lokalizację blisko centrum i ciastko z okazji Dnia Kobiet. Jakby ktoś szukał, ale raczej tylko żeby się przespać, to polecam hotel Fenix. Odwiedziliśmy wtedy Świeradów-Zdrój, Wrocław, zamek Grodno i właśnie Jelenią Górę. Całą relacje z tej wycieczki znajdziecie tutaj.

 W marcu zaliczyłam też kilka spacerów po Puszczy Niepołomickiej, Łąkach Nowohuckich, a nawet po Parku Jordana. Było dużo imprez urodzinowych i sporo treningów. Jeden nawet wspólnie z Mamą. A w deszczową niedzielę wybraliśmy do Muzeum Fotografii. Bardzo ciekawe miejsce, choć najmłodsza z ekipy nie była aż tak zainteresowana. A szkoda. To był fajny miesiąc! 

Kwiecień
 To był bardzo sentymentalny miesiąc. Dużo było w nim wdzięczności za pierwszy rok życia Marysi, sporo refleksji i jeszcze więcej radosnych chwil. Urodziny świętowaliśmy wizytą w bawialni - pierwszą i jak do tej pory jedyną (nie jestem fanką), wspólnym obiadem i zakupem pierwszych butów. A impreza urodzinowa była wspólna dla Marysi i Mateusza. W kwietniu sprawdziłyśmy z mamą trasę dookoła Przylasku Rusieckiego i pod wózek się nadaje! Wpadliśmy też klasycznie nad zalew, a pod koniec miesiąca ruszyliśmy w pierwszą zagraniczną podróż. 


Po 9 latach wróciliśmy do Budapesztu. Byliśmy tam na przełomie kwietnia i maja i trafiliśmy na idealną pogodę. Jeśli chodzi o hotel, to tutaj mam trochę mieszane odczucia. Z jednej strony, lokalizacja, standard i metraż były świetne. Bardzo blisko centrum, dwa duże pokoje i naprawdę fajna cena. Niestety na minus monotonne i średnie śniadania. Mieliśmy też trochę problem z parkingiem w pobliżu. Ten hotelowy był bardzo wąski i woleliśmy zaparkować przy ulicy. Jeśli ta opinia Was nie zniechęca, a zależy Wam na fajnej lokalizacji to podaję namiar. Co zwiedziliśmy w Budapeszcie? Wszystko opisałam na blogu. Czasem problematyczna była ilość schodów (np. przy Baszcie), ale daliśmy radę. Na koniec naszego wyjazdu zafundowaliśmy sobie rejs statkiem i Maria oficjalnie podbiła serce Japończyków, którzy siedzieli obok nas. 

Maj 
Można powiedzieć, że to też był trochę sentymentalny miesiąc. 1 maja stuknęło nam 10 lat bycia razem. Kiedy to zleciało? Nie wiemy! Po powrocie z Budapesztu, wpadliśmy do ulubionej Puszczy. Wiosna zagościła na całego. Instagram podpowiedział mi, że w maju pobiłam chyba rekord wizyt w jakichś różnych kawiarniach i restauracjach. 

Sprawdziłam w końcu te słynne Poranki Breakfast, Coffe&Cake oraz Szlaban Cafe. Byliśmy też w nowej Jamrze na Zabłociu i jeszcze w Dolce Far Niente. No sporo się tego nazbierało! Aż sama się zdziwiłam. Zdecydowanie najbardziej smakował mi deser w tej ostatniej kawiarni, choć ciastko w Szlabanie też było całkiem smaczne! Do Poranków próbowałam już kiedyś się dostać, ale bezskutecznie. Teraz się udało i było pysznie i drogo. Taki minus tej najpopularniejszej śniadaniówki w Krakowie. Wzięłam sobie francuskie tosty i kawę i wydałam chyba 70 zł. Z okazji Dnia Mamy wymyśliłam wyjazd nad zalew Sosina w Jaworznie. Jejku, jak tam było fajnie! Sami się dziwiliśmy, że jesteśmy tu pierwszy raz. Zacienione asfaltowe alejki wzdłuż zalewu idealnie nadają się na długi spacer z wózkiem. Do tego sporo drewnianych pomostów, plac zabaw, boisko do koszykówki, miejsca na grilla. Słowem-działo się! Po więcej szczegółów i innych propozycji zapraszam tutaj. Maj był całkiem sympatyczny. 

Czerwiec
W tym miesiącu to się działo! Chronologicznie, ten letni czas zaczęliśmy od kolejnego spaceru nad Zalewem Nowohuckim. W czerwcu w sumie zaliczyłam tam dwa spacer. Drugi był nastawiony na rozwijanie swojego warsztatu fotograficznego. Na początku miesiąca sprawdziłyśmy z mamą i Marysią park Aleksandry. Dla nas to, co prawda, druga strona Krakowa, ale było bardzo przyjemnie. Podobały nam się spacerowe alejki i plac zabaw. Niestety po wizycie, okazało się, że nie widziałyśmy wszystkiego. Może jeszcze kiedyś wrócimy. W połowie czerwca miałam przyjemność brać udział w audycji radiowej. Opowiadałam o naszej wizycie na Roztoczu. 


W tym dniu, na odstresowanie, wybraliśmy się na spacer po lesie. Tym razem, nie była to Puszcza Niepołomicka, ale Las Kolanowski w Bochni. Coś nowego i od nas całkiem blisko, ale więcej napisałam tu. Tuż po tym, wyjechaliśmy na długi weekend nad Bałtyk! Jak zwykle, było to spotkanie rodzinne. Przy okazji, udało się jednak coś zobaczyć. Sprawdziliśmy cypel w Mikoszewie. Był nieduży, usypany siłami fal i prądów. Dlaczego w formie przeszłej? Ponieważ późnią jesienią nic już z niego nie zostało. Choć, kto wie, może jeszcze się pojawi. Oprócz tego, odwiedziliśmy też bardzo przyjemny park. Idealny na spacer z wózkiem i nie tylko! Mowa o Parku w Wojanowie. Znajduje się on blisko Gdańska. Doczytałam, że w 2019 teren ten został odnowiony. To widać, bo zarówno drewniane pomosty, plac zabaw, tyrolki, zjeżdżanie są w niezłym stanie. Oprócz tego, są tutaj stawy z kaczkami i łabędziami oraz automaty z ziarenkami. To ciekawy pomysł na spacer. Jak będziecie w okolicy, polecam sprawdzić! Myślicie, że to wszystko w tym miesiącu? Pod koniec czerwca, wpadliśmy jeszcze do Ogrodu Botanicznego. Ostatni raz byłam tutaj prawie 6 lat temu. Dalej najbardziej podobają mi się szklarnie! Wypiliśmy dobrą kawę mrożoną w Milin Cafe, a Marysia wybiegała się po alejkach i uparcie wchodziła na wszystkie schody. Wstęp do ogrodu kosztuje 22 zł, a ulgowy 12 zł. Mówiłam, że dużo się działo! 😍

Lipiec

A co w lipcu? To urodzinowy miesiąc, wiec było bardzo dużo spotkań. Oprócz tego, wybrałyśmy się w babskim gronie na wycieczkę w okolicach Wolbromia. Pojechałyśmy przespacerować się po Dolinie Wiodącej. Dla mnie to były totalnie nieznane rejony!  Spontanicznie zaliczyłyśmy jeszcze jeden przystanek nad Zalewem Wolbromskim. Spacer wokół był w szybkim tempie, bo zbierało się na burzę. Jedno i drugie miejsce opisałam we wpisie, który wspominam wyżej. 


W lipcu miałam przyjemność sprawdzić też nową kawiarnię w Krakowie! Mowa o Mocnej, przy ul. Rzecznej. To niedaleko Młynówki Królewskiej. W kawiarni pracują osoby niepełnosprawne. Mocno trzymam kciuki za ich rozwój! W lipcu byliśmy jeszcze na wycieczce w Krynicy. To kolejny powrót, bo poprzednia nasza wizyta miała miejsce w 2020. Dosłownie chwilę przed pandemią. Całą wycieczkę opisałam tutaj. Podpowiadam, że Krynica-Zdrój to fajny pomysł również na zimową wycieczkę! Nudy nie ma. W lipcu jeździliśmy na rowerach, spacerowaliśmy po Puszczy i składaliśmy się głównie z malin. 

Sierpień

Po szybkim przeglądzie zdjęć z tego miesiąca, wniosek nasuwa się jeden. To był kolejny aktywny i fajny miesiąc! Na początku szlifowaliśmy formę rowerową. Tym razem wybraliśmy się na wycieczkę po Skawinie. Konkretnie, wzdłuż Kanału Łączańskiego. Zaparkowaliśmy na ul. Skawińskiej (trochę na dziko) i kierowaliśmy się ścieżką rowerową w stronę Jaśkowic. Trasa do mostu w Jaśkowicach to 11 km. Praktycznie cały czas asfaltem, mało podjazdów i niewiele ludzi. Trasa podobna, jak do Tyńca. Byliśmy mile zaskoczeni brakiem tłumów i pewnie jeszcze kiedyś wrócimy! 


Sierpniowy długi weekend to wyjazd nad morze, aby poznać nowego członka rodziny. Tym razem, udało się trochę poplażować. Podjechaliśmy do Jelitkowa. Wracając do domy, zahaczyliśmy o Olsztyn. Mam sentyment do tego miejsca, bo w 2018 zauroczyły mnie tutejsze jeziora. Na blogu jest dostępny przewodnik. Jakby tego było mało, to wpadliśmy jeszcze do mojej ulubionej pizzerii w Warszawie. Tam to w ogóle nie było mnie sto lat. Jakoś mi nie po drodze do tej stolicy, nie wiem czemu. 👀 Koniec sierpnia to też powrót w góry. Jak ja tęskniłam! Mama wymyśliła Beskid Śląski. Dla mnie istotna była możliwość zjechania w dół kolejką, ze względu problemy z kolanami. Weszłyśmy na Szyndzielnię, a później na Klimczok. Widoki z Klimczoka były mega. Całą wycieczkę opisałam w tym miejscu.  Pod koniec miesiąca, sprawdziłyśmy z Marysią Bobrowy plac zabaw. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, jest tu ścieżka edukacyjno-rekreacyjna i nie tylko! Może trochę mało cienia w taki upalny dzień, ale nam się podobało! Adres to Węgrzynowicka 63A. 

Wrzesień
Miesiąc, który do tej pory kojarzył mi się tylko z powrotem do pracy. Na przekór wspomnieniom, wybrałyśmy się z Mamą i Marysią sprawdzić nową atrakcję w Małopolsce. Do tej pory sama się dziwię, że tam dotarłyśmy. W tym dniu Mania wybitnie nie współpracowała i zawracałyśmy chyba z trzy razy. Chodzi o nową ścieżkę przy Pustyni Błędowskiej. Zaparkowałyśmy przy Róży Wiatrów i stamtąd udałyśmy się na spacer. Celem była Ścieżka na Palach. Z Róży Wiatrów to około 3.5km w jedną stronę. My w tym dniu zrobiłyśmy 10 km, przez te ciągłe humorki. 😁 


A tak serio, to super opcja na spacer z wózkiem, bo są tu położone takie betonowe płyty. Trzeba jednak uważać, bo jeżdżą tędy też rowerzyści, ale dałyśmy radę. Drewniane pomosty, o których mowa, zostały oddane do dyspozycji w lipcu. To ścieżka zbudowana nad Białą Przemszą. Ma 400 metrów długości. We wrześniu zakończyliśmy też sezon rowerowy, wybierając się nad Czarny Staw w Puszczy. Niezmiennie polecam to miejsce. Idealne na spacer z wózkiem i bez, na rower również! Wpadliśmy na kopiec Kraka, a pod koniec miesiąca do Częstochowy. W planach mieliśmy jeszcze postój na zamku w Olkuszu. Niestety kogoś zmorzył sen i nie doczekał. Następnym razem lepiej to zaplanujemy. No i właściwie od czerwca byliśmy w urodzinowym-imieninowym ciągu, który potrwał do samego grudnia. 

Październik
Pora na wakacyjny miesiąc! Zanim jednak wybraliśmy się na zasłużone wakacje, był wypad w góry. I to nie byle jaki! Randka w górach z okazji rocznicy ślubu. Tym razem, padło na Beskid Śląski. Za cel obraliśmy sobie Błatnią. Startowaliśmy z Jaworza. To około 2h jazdy z Krakowa. Zaparkowaliśmy na dużym parkingu przy ul. Turystycznej. Stamtąd wędrowaliśmy cały czas żółtym szlakiem. Orientacyjny czas przejścia to około 1h40 minut. My pokonaliśmy trasę w nieco ponad godzinkę. Przez większość czasu wędrowaliśmy przez las. Ścieżka delikatnie pnie się do góry, ale nie ma jakichś mega ostrych podejść. Najpierw dotarliśmy do schroniska i tam zrobiliśmy sobie przerwę. Zjedliśmy pomidorową (15zł) i żurek (20zł). Ze schroniska czeka nas jeszcze 200 metrów na szczyt i warto tam dotrzeć! Widoki przepiękne. Przy dobrej widoczności można zobaczyć np. Skrzyczne, Malinową Skałę, czy Czantorię. Zeszliśmy tym samym szlakiem. Bardzo przyjemna wycieczka.




 Tydzień później wylecieliśmy na Maltę. Naszym wakacjom poświęciłam dwa wpisy, więc odsyłam Was tutaj. Ledwo wróciliśmy, to w Krakowie były Targi Książki. Na pewno zapamiętam je na długo, bo udało mi się porozmawiać przez dłuższą chwilę z jednym z moich ulubionych autorów. Poza tym akredytacja też trochę dodała mi motywacji. 😀 Październik kończymy wizytą w Puszczy Niepołomickiej, która jesienią prezentuje się naprawdę najpiękniej! 

Listopad
Ten miesiąc zawsze ratuje naprawdę dużo okazji do świętowania. Tak było i tym razem. Dodatkowo spadł śnieg! A wisieńką na torcie były odwiedziny Pomorza i wypad w góry. Chronologicznie, zaczęliśmy listopad od spotkań rodzinnych. Po aktywnym październiku, przyszła pora trochę zwolnić i tak też było w tym miesiącu. Na szczęście, nie zabrakło wypadu w góry. Te zawsze ładują moje baterie. 


Był już Beskid Śląski i to dwa razy. Pora wrócić w ukochane Tatry! Choć bardziej kocham polską stronę, to słowacką też nie gardzę. Pojechałyśmy z Mamą przede wszystkim sprawdzić Lodową Świątynię. Wybierałam się tam już kilka lat, ale w końcu się udało. Cała relacja z wycieczki jest na blogu. Natomiast w ostatni weekend listopada dotarłam na wystawę, na którą też już się czaiłam kilka lat. Chodzi o wystawę makiet kolejowych w NCK-u. To tutaj kolekcjonerzy budują tory, ustawiają lokomotywy, dają sygnały do odjazdu itd. No widać, że to są pasjonaci. Nam się podobało, fajnie że w końcu tu dotarliśmy. Wystawa jest raz w roku w NCK-u, więc trzeba teraz cierpliwie poczekać. 

Grudzień 
Tylko Święta i pobyt nad morzem ratuje ten miesiąc! W mikołajkowy weekend wybraliśmy się na ostatnią w tym roku wycieczkę. I to nie byle jaką, bowiem na drugi koniec Polski. Zdecydowanie mogę powiedzieć, że tam już zostawiłam kawałek swojego serca i lubię tam wracać. Oprócz świętowania kolejnych urodzin (mówiłam, że byliśmy w ciągu), miałam malutkie marzenie związane z tym wyjazdem. Bardzo chciałam wyrwać się na Jarmark i to najlepiej w babskim gronie. Tak się złożyło, że o tym samym pomyślała też moja Mama i się udało! Zdecydowanie Jarmark Bożonarodzeniowy w Gdańsku jest moim ulubionym. Mam porównanie z Krakowem, Wrocławiem i Katowicami. Mam wrażenie, że jarmark w Gdańsku jest tak fajnie rozplanowany, że nie czuję się aż tak bardzo tych tłumów. Ciekawe instalacje, mnóstwo różnych kuchni do spróbowania, stoiska z dekoracjami i wiele innych. Było super i jestem mega wdzięczna za ten czas. Następnego dnia wyrwaliśmy się jeszcze do Brzeźna. A tu czekała mała niespodzianka, bo molo jest w remoncie. To był krótki, ale intensywny wyjazd. Było jeszcze kilka miłych spotkań świątecznych i zwiedzanie szopek. Natomiast resztę miesiąca chorowałam, z przerwą na Święta i znów chorowałam. Tylko jeszcze bardziej, niż poprzednio, bo z całą ekipą. Nie polecam 😖. 


Uf! Dotrwałam do końca i podsumowałam cały rok. A Wy? Przeczytaliście całość? Google podpowiada mi, że to tylko 11 minut czytania. A myślałam, że będzie krótko, bo o czym tu pisać... ;) Serdeczności na ten 2026! 








Read more »
o stycznia 25, 2026 0
Podziel się!
Starsze posty

grudnia 11, 2025

Lodowa Świątynia i opis szlaku na Hrebienok

W dorosłości trzeba się nieźle nakombinować, żeby dograć termin spotkania. Za dzieciaka to wszystko było łatwiejsze. No, ale nie oszukujmy się, czasu było mnóstwo. No i niekoniecznie wtedy chciałam jeździć w góry i to jeszcze z własną Mamą! Teraz trochę się pozmieniało i takie górskie wypady planujemy z dużym wyprzedzeniem. Potem trzeba jeszcze trzymać kciuki za pogodę i zdrowie. A także chęci! Bo jak się okazało, dzień przed wycieczką żadna z nas nie miała ich za wiele. Jak dobrze, że jednak nie odwołałyśmy! Mam dla Was relację z wyjścia na Hrebienok, z wizyty w Lodowej Świątyni i spacerku do Rainerowej Chaty. Gotowi? 



1. Dojazd i parking

My postanowiłyśmy wystartować ze Starego Smokowca. W normalnych warunkach to 2.5 jazdy z Krakowa, ale po świeżych opadach śniegu ta trasa zajęła nam dłużej. Warunki po słowackiej stronie były ciężkie. Drogi były nieodśnieżone, było ślisko. Miejcie to na uwadze, jeśli wybieracie się tam niebawem. Przy wejściu na szlak jest kilka parkingów. Jeden z nich był już wypełniony po brzegi. Możecie spróbować zaparkować przy Kościele NMP w Starym Smokowcu. Opłata za cały dzień to 15 euro. Najlepiej zapłacić gotówką, ale widziałam też automat do płatności kartą.  


2. Trasa Stary Smokowiec - Hrebienok

Mamy do wyboru kilka opcji. Najpopularniejszą jest spacer zielonym szlakiem, który według tablic trwa około 50 minut. Ciekawym rozwiązaniem jest wjazd kolejką. Trasa trwa niecałe 5 minutek, a kosztuje w jedną stronę ok. 11 euro. Można zaoszczędzić kupując bilety online. Niestety nie powiem Wam, ile dokładnie, bo my nie korzystałyśmy z tej opcji.



 I weszłyśmy na górę jeszcze inaczej. A mianowicie, szłyśmy wzdłuż torów. Ta trasa miała swoje plusy i minusy. Oprócz kolejki, to chyba najszybszy sposób. Zajęło nam to mniej niż 40 minut. Ludzi była garstka. No i minus był taki, że ścieżka nie była zbyt wydeptana. Ja Wam jednak polecam taki wariant, bo było po prostu kameralnie. Mogłam w spokoju popstrykać fotki, bez tłumów, które były u góry. Jedynym utrudnieniem był ten śnieg, ale poza tym przyjemnie. 


3. Tatrzańska Świątynia - informacje praktyczne

Na Hrebienoku znajduje się Lodowa Świątynia. Ta nietypowa atrakcja ma zachęcić turystów do odwiedzenia tego miejsca. I muszę przyznać, że cel osiągnięty! Ja o tym miejscu dowiedziałam się już kilka lat temu właśnie od mojej mamy. Trochę się zbierałam, aby w końcu sprawdzić na żywo. O co zatem tyle hałasu?


 Od 13 lat w celu promowania regionu, ale też nawiązując do historycznych wydarzeń, turyści mogą wejść do lodowej świątyni. Jest to duży namiot, a w środku znajdują się przeróżne figury, budowle wykonane z lodu. Co roku, temat przewodni jest inny. W tym roku motyw to dwóch papieży. Największa budowla ma przypominać Bazylikę Laterańską. Do budowy wykorzystano ponad 200 ton lodu. 


W tamtym roku można było zobaczyć Wawel i kościół św. Wojciecha, a dwa lata temu Opactwo Westminster. W środku znajdują się też tablice informacyjne, ale większość jest jednak zainteresowana zdjęciami i filmikami. Co ważne, wejście jest bezpłatne. 


Jednak, aby trochę ograniczyć tłumy, obowiązuje limit osób w środku. My czekałyśmy w kolejce jakieś 10 minut. Samo zwiedzanie zajęło nam niewiele więcej, ale to właśnie ilość ludzi nas trochę przepędziła. Moim zdaniem, Tatrzańska Świątynia jest fajną atrakcją na zobaczenie przy okazji. Gdybym pojechała tam tylko w tym celu, wróciłabym rozczarowana. Dlatego my, wyruszyłyśmy dalej. W poszukiwaniu przygód. 😀


3. Trasa  Hrebienok- Blikova Chata- Wodospady Zimnej Wody  - Rainerowa Chata

Mama oczywiście namówiła mnie na ciąg dalszy. Dlatego po wizycie w świątyni, wybrałyśmy się najpierw do Wodospadów Zimnej Wody. Prowadził nas zielony szlak, a znaki pokazywały, że to tylko 20 minut. Na początku minęłyśmy klimatyczną Blikovą Chatę. 



Serio, wystrój już na zewnątrz wyglądał bardzo zachęcająco. Potem do pokonania był dość trudny fragment po schodach. Niestety śnieg sprawił, że było trochę ślisko. Przez chwilę się nawet zastanawiałam, czy iść dalej. Na tym odcinku przydałyby się raczki. Pod sam wodospad nie podeszłyśmy, ale zrobiłyśmy pamiątkowe foto i poszłyśmy dalej. 


Tym razem w stronę Rainerowej Chaty. Trzymałyśmy się zielonego szlaku i znów do pokonania było jakieś 20 minut. Po drodze odbiłyśmy kawałek i tu już udało się podejść pod wodospad w dolinie Zimnej Wody. 


Weszłyśmy na metalowy mostek, a widoki stamtąd były piękne. Po chwili spokojnego marszu byłyśmy już przy chacie. W środku można kupić chyba tylko ciepłe napoje i jakieś przekąski, ale nie ma tu dań obiadowych.


 My usiadłyśmy na zewnątrz i delektowałyśmy się herbatą z termosu. Obowiązkowy punkt na zimowej wycieczce górskiej. Co ciekawe, Rainerowa Chata jest najstarszym schroniskiem w Tatrach. Kilka pamiątkowych fotek i trzeba było iść dalej, aby nie zmarznąć. 



4. Trasa Rainerowa Chata-Hrebienok-Stary Smokowiec

Z Chaty na Hrebienok wracałyśmy czerwonym szlakiem. Jest to główny szlak w Tatrach, tzw. magistrala tatrzańska. Ten odcinek był bardzo przyjemny, praktycznie po płaskim. W tle było słychać jeszcze szumiące wodospady, a przed nami piękne zimowe krajobrazy. Do schroniska dotarłyśmy w jakieś 20 minut. 


Planowałyśmy do Smokowca zjechać kolejką. Niestety okazało się, że musiałybyśmy czekać 30 minut na przejazd. Stwierdziłyśmy, że tyle to nam zajmie zejście na nogach. Inną ciekawą opcją jest zjazd na sankach po torze saneczkowym. Można zjechać na swoich, albo wypożyczonych. Koszt wypożyczenia to około 12 euro. Sanki są drewniane i dwuosobowe. Mama mnie namawiała, ale trochę się bałam. 😂 


 Tym razem schodziłyśmy zielonym szlakiem, a obok nas zjeżdżali właśnie saneczkarze. Pod koniec były fragmenty, gdzie droga się rozdzielała. Osobno dla sanek, osobno dla pieszych. Jeśli chodzi o tor, to nie było bardzo stromych odcinków. Także teraz już bym pewnie zjechała, jak wiem, jak to wygląda. I faktycznie, zejście zajęło nam 35 minut, a cała wycieczka wliczając odpoczynek 3 godzinki. Zarówno na Hrebienoku oraz w Smokowcu są restaurację, więc w razie wilczego głodu, dacie radę. Powrót na szczęście w lepszych warunkach, a w domu czekał na nas domowy kebab autorstwa Mateusza. Cudny dzień! 



I przy okazji, w tym tygodniu świętuję 5-lecie istnienia bloga. Dzięki, że czytacie. 😉


Read more »
o grudnia 11, 2025 0
Podziel się!
Starsze posty

grudnia 05, 2025

Książki w listopadzie

Rok powoli się kończy, więc nieco przyśpieszyłam z czytaniem książek. Wciąż jeszcze czytam swoje łupy z Targów Książki, a do tego dostałam kilka w prezencie. Jak wyrobię się z przeczytaniem wszystkiego do 31 grudnia, to będzie duży sukces. Dam znać! Jaki był czytelniczy listopad? Bardzo różnorodny! Był świetny thriller, ciekawy poradnik i małe rozczarowanie.


1. Smakosz

Zacznijmy dziś od książki, która wypadła najsłabiej. Miałam duże oczekiwania. Chyba też względem siebie i swojego odbioru. Książkę otrzymałam w BookTourze. Do tej pory wszystkie osoby przede mną były tą historią rozczarowane. I przez to miałam wielkie nadzieje, że znajdę w niej coś dobrego, coś żeby trochę odmienić to kiepskie wrażenie. Niestety, najbardziej podobała mi się oprawa graficzna książki. A dokładnie, cytaty na początku każdego rozdziału. Przy każdym chwilę się zatrzymywałam. W Central Parku zaczynają ginąć młode kobiety. Szybko, dla nowojorskiej policji, ta sprawa staje się priorytetowa. Morderca budzi postrach. Każdej ofierze wycina jakiś fragment ciała i traktuje jako swoje trofeum. To sprawia, że opinia publiczna nadaje mu przydomek "Smakosza". Śledztwo prowadzi komisarz Davis, który jest bardzo oddany sprawie. Zaniedbuje swoją żonę, która stara się być wyrozumiała, ale wszystko ma swoje granice. W relacji zaczyna wkradać się jakaś tajemnica i nerwowość. Na komisariacie plotkuje się o słabej skuteczności komisarza. Dlatego, tym bardziej chce odnaleźć zabójcę. A prawda jest bliżej, niż myśli. Sam pomysł na historię jest ciekawy. Niestety wykonanie jest kiepskie. Domyśliłam się rozwiązania jakoś w połowie książki i brakowało mi wątku wyroku. Irytowały mnie płytkie dialogi i niepotrzebne wprowadzanie niektórych postaci. Dużo powtórzeń sprawiało, że książka traciła na jakości. Tak, jakby została napisana na szybko. Mnie nie porwała, choć bardzo chciałam wpaść w sidła tego Smakosza. 4/10


2. Tarocista

Zawsze przy książkach w ramach współprac, mam lekkie obawy. Co jeśli książka okaże się słaba? Nie lubię pisać negatywnych opinii, bo sama źle znoszę krytykę. Pewnie, jak większość ludzi. Przyznam, że na recenzję tej książki zdecydowałam się ze względu na autora. Stosunkowo niedawno dowiedziałam się, że Jakub Rutka, to również podcaster. A ja podcasty kryminalne kocham od dobrych kilku lat. Zupełnie inaczej mam z tarotem. Nie znam się, nigdy nie miałam do czynienia. Czy to przeszkadzało? Absolutnie! 6 grudnia. Mikołajki. Nie da się już nie czuć świątecznego klimatu. Dzieciaki odpakowują prezenty i cieszą się świątecznym czasem. Tak właśnie miało być też w domu małej Zosi. Niestety jej mama, Martyna Kucharska, nigdy nie dociera do córki. Zostaje zamordowana. Sprawca zadał jej niewiele ciosów, ale zbrodnia wygląda na zaplanowaną. Usta ofiary były zaszyte. Morderca zostawił po sobie kartę tarota. O zabójstwie szybko robi się głośno. Śledczy próbują ustalić profil sprawcy, ale również powiązanie z tarotem. Co z tym wspólnego miała zwykła księgowa? Policjanci biorą pod lupę wróżbitę, który był klientem Kucharskiej. Ignorują symbolikę kart. Na szczęście, nie robi tego główny bohater, Jacek Gadowski. Jacek jest podcasterem. Ma swoją audycję w radiu, ale prężnie działa też w social mediach.  Widzowie naprowadzają go na kolejnego wróżbitę. Zaczyna prowadzić własne dochodzenie. Tarocista jest powiązany z Domem złym. Mimo to, nie przeszkadzało mi to, w odbiorze tej historii. Powiedziałabym raczej, że Tarocista na tyle mnie zaciekawił, że chętnie przeczytałabym pierwszą część. Ciekawe dialogi, charakterne postacie, pomysłowe zakończenie. Dla mnie, jedna z lepszych, jakie miałam przyjemność recenzować. Brawo i czekam na więcej! 9/10. 


3. Pozwól im

Mam taką zasadę. Nigdy nie sprzedaję książek, które dostaje w prezencie. Staram się też o każdą książkę dbać. Tutaj zrobiłam wyjątek, bo podkreśliłam niektóre fragmenty. Ostatni raz zrobiłam to chyba jakieś 5 lat temu. Dałam sobie też trochę czasu po lekturze, żeby przemyśleć, co ja naprawdę o niej uważam. Dużo dobrych opinii przeczytałam o tym, że ta książka dużo zmienia. Ja natomiast mam dystans do takich poradników i czytam je naprawdę rzadko. Powiem więcej, sama bym na pewno sobie tej książki nie sprawiła. Jednak nie mogę powiedzieć, że to był zmarnowany czas. Wręcz przeciwnie. Dla mnie, najbardziej odkrywczym rozdziałem był ten poświęcony przyjaźni w dorosłości. Mel Robbins wyjaśnia, czym jest tzw. wielkie rozproszenie w tym kontekście. Do czasów licealnych spędzaliśmy z przyjaciółmi naprawdę dużo czasu. Lekcje, wspólne treningi, weekendowe posiadówki. Do tego kontakt smsowy i online. Życie towarzyskie kwitło.  Przyszły studia i podtrzymywanie kontaktu stawało się coraz trudniejsze. Każdy wybrał swoją drogę. Do tego dochodzili też nowi ludzie, nowe kontakty. Według Robbins istnieją trzy filary przyjaźni - bliskość, timing i energia. Cały ten rozdział o przyjaźniach dał mi dużo do myślenia. Ba, myślę że pozwolił zrozumieć dlaczego jedna z relacji umarła. Podobało mi się też jej podejście do nazewnictwa - nie ma czegoś takiego jak najlepszy przyjaciel. Po co to stopniować? Jest po prostu przyjaciel i tyle. Do mnie to naprawdę przemawia. Choć w trakcie lektury zaczęłam się też zastanawiać, czy ktoś, kto przestał być przyjacielem, rzeczywiście nim kiedyś był? Miałam za to trochę uwag w czasie czytania o motywowaniu innych do zmian. Nie ze wszystkimi tezami autorki się zgadzam i wydaje mi się, że momentami całe to podejście jest zbyt idealistyczne. Na pewno książka uczy, jak stawiać granice, dbać o siebie, przestać mieć duże oczekiwania w stosunku do innych. I myślę, że po lekturze będę nad tym pracować. Szkoda, że dodatek dla rodzica, jest tylko w wersji online. Dużym plusem jest autentyczność, bo Mel i jej rodzina naprawdę sporo przeszła. Ode mnie 7/10. Jak na poradnik naprawdę całkiem niezła! 


4. Szum

Na koniec recenzja książki, która mnie pozytywnie zaskoczyła. Nie spodziewałam się za wiele, a jednak mnie wciągnęła. Ethan jest agentem specjalnym. Przyjeżdża do tajemniczego miasteczka. Ma do wykonania misję. Musi odnaleźć innych agentów. To jego pierwsza myśl, kiedy odzyskuje świadomość po wypadku. Niestety w mieście nikt o nich nie słyszał, a sam Ethan nie może przypomnieć sobie wszystkich szczegółów. Jego sytuację utrudnia też brak rzeczy osobistych. Nikt z mieszkańców nie wierzy w to, że jest agentem specjalnym. I to bez grosza przy duszy. Na początku trafia na życzliwe osoby, które oferują mu pomoc, ale po czasie tracą do niego zaufanie. Szeryf policji nic nie wie o jego tajnej misji. Sam też gra na zwłokę i zwodzi Ethana. Ten jednak nie ustaje w poszukiwaniu prawdy. Atmosfera się zagęszcza, kiedy odkrywa że mieszkańcy miasteczka mają jakiś mroczny sekret. A jego odkrycie może sprowadzić na Ethana prawdziwe kłopoty. Historia momentami mocno zakręcona, dla mnie aż za bardzo, ale generalnie czytałam z zaciekawieniem do samego końca. Na podstawie tej książki powstał też serial. Kto wie, może kiedyś zerknę. 7/10


Do napisania! 

Read more »
o grudnia 05, 2025 0
Podziel się!
Starsze posty

listopada 19, 2025

Malta - informacje praktyczne.

 Aż trudno mi uwierzyć, że równy miesiąc temu lecieliśmy na wakacje. Czas leci za szybko. A w podróży to już w ogóle przyśpiesza, prawda? Jak to zwykle u mnie, im dłużej zwlekam, tym ciężej się zebrać. Przymusowe leżenie zmobilizowało mnie, żeby dokończyć relację z Malty. Mam dla Was praktyczne wskazówki. Opowiem o tym, jak dostać się z lotniska do miasta, gdzie i co zjeść. Na końcu zdradzę, ile nas kosztowały te maltańskie wczasy. Gotowi?


1. Malta - loty i dojazd z lotniska

Zanim zacznę. Krótka historia o stresie przed wylotem. Byłam w tym dniu podwójnie zestresowana. Po pierwsze dlatego, że na lotnisku byliśmy o 14.55. Lot mieliśmy 15.40. Tak, dobrze czytacie. Wizja tego, że nie zdążymy mnie przerażała. A to ja najbardziej czekałam na ten wyjazd. Drugi raz się zestresowaliśmy, kiedy waga mojego bagażu pokazała 19,9. A ja w planach miałam przywieźć naprawdę mnóstwo pamiątek. Wracając, przerzuciłam kilka rzeczy do plecaka Mateusza i z drżeniem sprawdzałam wagę na lotnisku w Malcie. Jakie było moje zdziwienie, kiedy waga pokazała tylko 14.5. Ulgę też poczułam, ale sytuacja w Katowicach mnie zdziwiła. Na Malcie z kolei zdziwiło mnie to, że plecak Mateusza musieliśmy nadać w innym miejscu, niż moją walizkę. Początkowo nie mogliśmy też znaleźć wózka, ale okazało się, że jechały na innej taśmie. Lot z Katowic trwał 2h 20 minut. Były też loty z Krakowa, ale tu godziny były trochę kiepskie pod podróż z dzieckiem. Zwłaszcza tą pierwszą. Na lotnisko można dojechać przyśpieszonymi autobusami. Z naszej Zatoki św. Pawła, był to numer TD1. Podróż trwała około godziny. W autobusie jest też schowek na bagaże. Inne linie to TD2 i TD3 oraz od X1 do X4. My w jedną i drugą stronę wybraliśmy ubera. Za taką podróż zapłaciliśmy 20 euro, a czas przejazdu to 40 minut. Przy parkingu jest specjalne miejsce do odbioru przez taksówki. Wszystko jest dobrze opisane. 

2. Czy warto wypożyczyć auto na Malcie?

Przez chwilę zastanawialiśmy się nad taką opcją. Małym utrudnieniem na początku może być ruch lewostronny. Jednak my zrezygnowaliśmy z innego powodu. W większość miejsc, które chciałam zobaczyć, dało się dojechać komunikacją. Autobusy kursują dość często, chociaż nie zawsze zgodnie z rozkładem. Do tego akurat w Krakowie jesteśmy przyzwyczajeni. Korki na Malcie wynikają z wąskich uliczek. Sami byliśmy świadkami, jak kierowca dostawczaka zostawił auto i po prostu gdzieś wyszedł. Nie było go chyba z 20 minut. To taka trochę włoska mentalność. Jeśli bylibyśmy na Malcie dłużej, to na pewno chciałabym więcej zobaczyć na Gozo. I tam faktycznie rozważyłabym wypożyczenie samochodu, bo punkt przesiadkowy jest tylko w Victorii. 

3. Jak poruszać się na Malcie?

O tym już trochę pisałam tutaj. My podróżowaliśmy komunikacją miejską. Wyjątkiem był transfer na lotnisko i na rejs. Na rejs, na który dotarliśmy o 8.58, a zgadnijcie o której statek wypływał? 😂 Po przeanalizowaniu naszego planu, kupiliśmy bilety tygodniowe. Ich koszt to 25 euro. Automaty biletowe są tylko w kilku miejscach na Malcie. Pojedyńcze bilety można kupić u kierowcy. Przy zakupie takiego 7dniowego dostaliśmy taką kartę. Trzeba ją odbić za każdym razem przy wsiadaniu. Wsiadamy, tak jak w Londynie, tylko przednimi drzwiami. Z ważnych informacji, taki pojedyńczy bilet kosztuje 2.5 euro i obowiązuje przez 2 godzinki. My sprawdzaliśmy połączenia zarówno na google, jak i na specjalnej aplikacji tallinja. Na Gozo czeka nas przeprawa promem. Tu trzeba wykupić dodatkowy bilet, za 4.65 euro w obie strony. Z portu na Gozo podjechaliśmy do tamtejszej stolicy autobusem. Tu obowiązywała 7-dniowa karta. Ostatnia z wysp, Comino, jest typowo turystyczna i trzeba po prostu wykupić rejs, aby się do niej dostać. 


4. Co zjeść na Malcie? 

Przed wyjazdem na Maltę, nie byłam świadoma tego miksu kulturowego. Wiedziałam o wpływach angielskich, ale cała reszta mnie zaskoczyła. Jak chociażby to, że w wielu miejscach obowiązuje siesta. A nie oszukujmy się, z dzieckiem to może być niezłe wyzwanie. Ta mieszanka kultur trochę odbija się też na jedzeniu. Czy to dobrze? Ja nie narzekałam. Trafiliśmy na naprawdę fajną grecką restaurację, jedliśmy smaczne makarony, czy wrapy. 

Tradycyjną potrawą na Malcie jest fenek, czyli duszony królik. Ponoć to danie serwowano już za czasów Zakonu Maltanśkiego. Zdecydowana większość miejscówek, które Wam polecę, znajduje się w Zatoce św. Pawła. To tam mieliśmy nocleg. Restauracja z typowym maltańskim jedzeniem, którą Wam polecamy to La Stalla. Oprócz wspomnianego królika, jedliśmy tu też makaron z łososiem i pizzę. Wszystko oceniamy bardzo dobrze. Jest też menu dziecięce i krzesełka. A do tego pyszne domowe wino i cudowna obsługa. Serio, Maria strasznie przypadła do gustu kelnerom i zabawianie mieliśmy z głowy. 

Jak już wspomniałam o tej greckiej restauracji, to też nie zostawię bez namiarów. Ta restauracja to Zorba Greek Grill. Nie mają strony, dlatego link przeniesie Was do ich fanpega. Tu jedliśmy taki mix dań dla dwojga i to było naprawdę ogromne i pyszne. Taki zestaw kosztował 40 euro, ale pojedliśmy sobie wszyscy we trójkę. Następnym razem wzięłam moussakę. I to było obłędne! Smakowało serio, jak w Grecji. 

Czego jeszcze warto spróbować? Oprócz królika, ryb, czy lokalnego wina, polecam Wam coś słodkiego. Ja skusiłam się na ciastko z daktylami, imqaret. Dorwaliśmy je w jakiejś zwykłej budce przy ulicy w Rabacie.


 Wzięłam dwa, ale nie byłam w stanie zjeść całego. Tak mnie ten krem z daktyli zapchał. Było pyszne. Na Malcie mają też taki typowy napój. Specjalnie dla Was postanowiłam go spróbować. To gazowany napój z lekką nutą cytrusów i ziół. No nasze smaki to nie były, ale sprawdzić musiałam. 

Jeśli będziecie w Vallettcie, to zajrzyjcie na obiad do Mina's. To restauracja niedaleko Bramy Głównej. Weszliśmy w boczną uliczkę i uciekliśmy trochę od tych tłumów. Wam też to polecamy. Mają tutaj menu obiadowe, które składa się z dwóch dań i napoju. Ja wzięłam ravioli i kurczaka. Do tego napój i to wszystko za 20 euro. Mateusz wziął pizzę z tuńczykiem, której nie dał rady zjeść. Ilość składników i grubość ciasta go przerosła. Było pysznie. 

A jeśli wywieje Was na Gozo, to zajrzyjcie do mega klimatycznej kawiarni w Victorii. Przyciągnął nas wystrój, ale na plus zasługuje też obsługa. To miejsce to Serendipity. A wiadomo, że do kawy musi być też ciastko. Przytulne miejsce i przystępne ceny. 

Muszę Wam polecić jeszcze jedno miejsce. To taki trochę street food. Mimo to, jedzenie było pyszne, świeże. A właściciel sprawił, że od razu po zjedzeniu, wystawiłam pozytywną opinię. A przyznam szczerze, że robię to (za) rzadko! Tu macie lokalizację. Ja jadłam wrapa, Mati pizzę, a Marysia nuggetsy. Był to nasz pożegnalny posiłek na Malcie i może też dlatego mam taki sentyment. Średnio za obiad płaciliśmy 40 euro. Czasem braliśmy coś osobno dla Mary, a czasem dzieliliśmy się z nią swoim jedzeniem. 


5. Gdzie plażować na Malcie?

Większość plaż na Malcie jest kamienista. Również ta w Zatoce św. Pawła taka była. Na szczęście, udało nam się poplażować również na piaszczystej plaży. Może nie był to taki piękny, złoty piach, jak w Trójmieście, czy Łebie, ale woda zdecydowanie cieplejsza. Kąpiel w morzu w październiku zaliczona. Na taki plażing wybraliśmy się do dzielnicy Mellieha. 

Od nas to było jakieś 15-20 minut autobusem. Jest to największa piaszczysta plaża na Malcie. Można było tutaj wypożyczyć leżaki i parasola, albo kupić coś do jedzenie w budce. Ceny za leżaki wahają się od 5-10 euro. My woleliśmy zainwestować te pieniądze w grabki i wiaderko. Jest też darmowa toaleta, ale poziom czystości pozostawiał wiele do życzenia. A przecież nie byliśmy w szczycie sezonu. Na pewno dużym plusem jest łagodne wejście do morza, chociaż to Marysi nie przekonało. 

Odpoczywaliśmy też na plaży przy naszym hotelu (Buggibba Beach) i było całkiem przyjemnie. Małym minusem było zdecydowanie gorsze wejście do wody, ale w tym dniu nawet nie braliśmy pod uwagi dłuższego plażowania. Jako miejsce na odpoczynek, jak najbardziej. Przed wyjazdem czytałam o konieczności zabrania butów do wody. Wzięliśmy, ale nie skorzystaliśmy. 



6. Gdzie spaliśmy i jak oceniamy hotel

Spaliśmy w hotelu Sunseeker. Sama lokalizacja była w porządku. Nie mieliśmy problemu, żeby dostać się w inne miejsca. Autobusów w okolicy było sporo, niedaleko też pętla autobusowa. Jednak, gdybyśmy mieli wybrać jeszcze raz, to pewnie szukalibyśmy bliżej Rabatu.

Niestety samego hotelu Wam nie polecam. Pokój był dość ciemny i wymagał odmalowania. Na ścianach były ślady po zabitych komarach i pierwsze kilka nocy nasłuchiwałam, czy nic mi nie bzyczy nad uchem. Kolejnym minusem, dla mnie bo Matiemu to tak nie przeszkadzało, były monotonne śniadania. Każdego dnia było dokładnie to samo. Jedzenie było smaczne i świeże, ale liczyłam na coś więcej. Na plus zasługuje basen na dachu i widok stamtąd. No i przemiła obsługa. Ręczniki były wymieniane codziennie i było w miarę czysto. W każdym razie, pod koniec już tęskniłam za swoim jedzeniem i swoją domową przestrzenią. 





7. Ile to wszystko kosztowało?

Zacznę od tego, na czym można by było oszczędzić. Na początku mieliśmy problem z opracowaniem tematu jedzenia. Chcieliśmy, żeby Marysia jadła coś ciepłego na obiad i kolację, a sami od lat na wakacjach, funkcjonujemy na obiadokolacjach. Dlatego raz, czy dwa, zdarzyło nam się po prostu nie dojeść posiłków, bo niepotrzebnie coś zamówiliśmy. 

Później trochę kombinowaliśmy z dzieleniem się na trzy, jakieś pojedyńcze słoiczki i tak poszło. Dziś na pewno nie ciągnęłabym Mateusza do konkatedry w Vallettcie z Marysią. Tylko kazała zostać i poczekać, bo były tłumy, było ciasno, duszno. No dla małego dziecka średnio. Przy zwiedzaniu Rotundy byliśmy już mądrzejsi, ale człowiek uczy się na błędach. Jak wyglądają koszty naszych wakacji?

  • Loty - 2400 zł. 2x bagaż po 20 kg + dodatkowo wykupiona możliwość zmiany daty
  • Hotel ze śniadaniami z możliwością zmiany daty - 3600zł(7 noclegów)
  • Transfery (uber + komunikacja) 500zł
  • Bilety wstępu, wycieczka na Comino - 470 zł
  • Dodatkowe ubezpieczenie - 140 zł
  • Jedzenie (restauracje, zakupy) ~2000 zł
  • Pamiątki ~ 200 zł
Jak oceniacie? Dużo, czy mało? 

Read more »
o listopada 19, 2025 0
Podziel się!
Starsze posty
Starsze posty Strona główna
Subskrybuj: Komentarze (Atom)

Polecany post

Podróżnicze podsumowanie roku 2025

Popularne posty

  • No weźże mnie na wycieczkę - pomysły na prezent z okazji Dnia Dziecka [aktualizacja 2023]
     Dzień dziecka zbliża się wielkimi krokami. Z tej okazji mam dla Was kilka propozycji, gdzie można by się wybrać ze swoją pociechą, ale nie ...
  • Styczniowe wyprawy
     Z pierwszego miesiąca w roku staram się wycisnąć jak najwięcej pod względem podróżniczym, bo wyczuwam że luty i marzec mogą mnie trochę zaw...
  • Zwiedzanie zamku w Rabsztynie
     Przyszła pora podsumować kolejną wycieczkę. Tym razem zapraszam Was do zamku! Wybór padł na Rabsztyn. Już kiedyś próbowałam go zwiedzić, al...

Archive

  • ▼  2026 (1)
    • ▼  sty 2026 (1)
      • Podróżnicze podsumowanie roku 2025
  • ►  2025 (21)
    • ►  gru 2025 (2)
    • ►  lis 2025 (3)
    • ►  paź 2025 (1)
    • ►  wrz 2025 (3)
    • ►  sie 2025 (2)
    • ►  lip 2025 (1)
    • ►  cze 2025 (2)
    • ►  maj 2025 (1)
    • ►  kwi 2025 (1)
    • ►  mar 2025 (2)
    • ►  lut 2025 (1)
    • ►  sty 2025 (2)
  • ►  2024 (25)
    • ►  gru 2024 (2)
    • ►  lis 2024 (2)
    • ►  paź 2024 (2)
    • ►  wrz 2024 (3)
    • ►  sie 2024 (2)
    • ►  lip 2024 (3)
    • ►  cze 2024 (1)
    • ►  maj 2024 (1)
    • ►  mar 2024 (3)
    • ►  lut 2024 (3)
    • ►  sty 2024 (3)
  • ►  2023 (37)
    • ►  gru 2023 (3)
    • ►  lis 2023 (2)
    • ►  paź 2023 (2)
    • ►  wrz 2023 (2)
    • ►  sie 2023 (3)
    • ►  lip 2023 (4)
    • ►  cze 2023 (3)
    • ►  maj 2023 (4)
    • ►  kwi 2023 (3)
    • ►  mar 2023 (4)
    • ►  lut 2023 (3)
    • ►  sty 2023 (4)
  • ►  2022 (33)
    • ►  gru 2022 (2)
    • ►  lis 2022 (3)
    • ►  paź 2022 (3)
    • ►  wrz 2022 (4)
    • ►  sie 2022 (3)
    • ►  lip 2022 (3)
    • ►  cze 2022 (2)
    • ►  maj 2022 (3)
    • ►  kwi 2022 (2)
    • ►  mar 2022 (3)
    • ►  lut 2022 (2)
    • ►  sty 2022 (3)
  • ►  2021 (39)
    • ►  gru 2021 (4)
    • ►  lis 2021 (3)
    • ►  paź 2021 (2)
    • ►  wrz 2021 (4)
    • ►  sie 2021 (2)
    • ►  lip 2021 (3)
    • ►  cze 2021 (3)
    • ►  maj 2021 (4)
    • ►  kwi 2021 (4)
    • ►  mar 2021 (3)
    • ►  lut 2021 (4)
    • ►  sty 2021 (3)
  • ►  2020 (5)
    • ►  gru 2020 (5)

Szukaj na tym blogu

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Ⓒ 2018 Podróże z książką. Design created with by: Brand & Blogger. All rights reserved.